Menu
Wróć do listy wpisów
Różne Z życia firmy
Strona główna > Blog > Złamać stereotypy – Weronika Gębicka – #tensepuls

Złamać stereotypy – Weronika Gębicka – #tensepuls

Złamać stereotypy – Weronika Gębicka – #tensepuls
O wychodzeniu ze strefy komfortu, akrobatyce na pionowym drążku i łamaniu stereotypów. Zapraszamy na kolejną rozmowę z cyklu #tensepuls z Weroniką Gębicką, Asystentką ds. Administracji,   Pracujesz na stanowisku Asystentki ds. Administracji. Niedługo będziesz obchodzić trzecią rocznicę w TENSE. Zgadza się. Pracę rozpoczęłam dokładnie 14 lutego 2018 roku. Dobrze pamiętam tę datę, bo z uwagi na Walentynki, już od 8 rano z nowymi koleżankami przygotowywałam firmę do obchodów tego święta. Pierwszy dzień rozpoczęłam więc z przytupem – od razu lądując na firmowym profilu na Instagramie razem z innymi dziewczynami w czerwonych sukienkach. Czy Twoje obowiązki zmieniły się w ciągu trzech lat? Zajęcia, które na początku zajmowały mi osiem godzin dziennie, teraz stanowią zaledwie 10 procent tego, co leży w mojej gestii. Zajmowanie się recepcją odeszło na drugi plan, ustępując miejsca sprawom typowo administracyjnym, związanymi z biurem i dokumentami. Wciąż usprawniłam swoją pracę i wdrażałam nowe procedury i rozwiązania. Za to ostatni rok spędziłam na przebudowie archiwum umów z Klientami. Mam pod „opieką” dwie wielkie szafy segregatorów, a w nich na ten moment 7884 umowy. W Grupie TENSE zajmujesz się administracją, ale skończyłaś psychologią. Dlaczego nie wybrałaś pracy w zawodzie? Pójście na ten kierunek nie było w pełni świadomym wyborem. Po części do tej decyzji popchnęło mnie otoczenie. Od zawsze mówiono mi, że potrafię słuchać i daję dobre rady. Już na studiach odkryłam, że psychologia jest fajnym dodatkiem do wiedzy, rozwija samoświadomość oraz daje ogólne pojęcie o ludzkich zachowaniach, ale jest dla mnie niczym więcej jak hobby. Zadałam sobie sprawę, że nie chcę pracować jako psycholog. Lubię ludzi, ale lepiej czuję się, zachowując z nimi relacje koleżeńskie, nie zawodowe. Rosnąca liczba klientów w gabinecie przytłoczyłaby mnie i jestem pewna, że nie dałoby mi to szczęścia. Zdecydowanie lepiej czuję się, realizując zadania administracyjne, w których mogę dać ujście moim zapędom organizacyjnym i porządkowym. Które zadania lubisz najbardziej, a jakie sprawiają Ci najmniejszą radość? Najmniej lubię, gdy „biuro woła” o pomoc – coś się zepsuło, coś trzeba zmodernizować, przerobić. Są to zadania na skraju mojej strefy komfortu, gdyż nie mam wykształcenia technicznego i zdobycie odpowiedniej wiedzy, wymaga ode mnie większego wysiłku. Mimo że za nimi nie przepadam, doceniam korzyści, jakie za sobą niosą. Każda kolejna wycena sprawia, że staję się znawcą tematu i poszerzam wiedzę, co przydaje się w życiu prywatnym. Lubię za to, gdy dużo się dzieje. Chociaż w trakcie załatwiania wielu spraw naraz czuję zmęczenie i niekiedy nie wiem, w co włożyć ręce, to gdy minie gorący okres, jestem zadowolona. Mogę odhaczyć kolejne punkty na liście zadań, zweryfikować efekty pracy i pogratulować sobie dobrze wykonanego zadania. Uważam się również za osobę kreatywną. Bardzo mile wspominam czas, gdy pomagałam w planowaniu i realizowaniu działań EB. Zawsze miałam wiele pomysłów i lubiłam wdrażać je w życie. Weronika Gębicka, wywiad Grupy TENSE Z racji Twoich obowiązków, masz kontakt z wieloma pracownikami. TENSOWICZE także znani są z kreatywnych pomysłów. Opowiesz o kilku naszych niestandardowych pomysłach, których byłaś świadkiem? Pamiętam koleżankę ubraną w jednoczęściowy strój lemura, który dostała od nas w prezencie i paradowała w nim w firmie. Pamiętam kolegów wygłaszających mowy piskliwym głosem po wciągnięciu helu z balona albo odprawiających indiańskie tańce wokół stołu z piłkarzykami. Pamiętam bagażnik pełen papieru toaletowego, po który musieliśmy szybko pojechać, aby zażegnać kryzys, przymierzanie peruk, świąteczne fotki z rekwizytami czy szaleńcze szturmy na wroga podczas rozgrywek laser taga. Dowcipy, docinki, żarty sytuacyjne –  było tego wiele. Miłe chwile urozmaicają dzień pracy i sprawiają, że jest ona jeszcze przyjemniejsza. Opowiedz o swoim hobby. Dla wielu z nas poledance wciąż brzmi nieco egzotycznie. Potocznie nazywa się go tańcem na rurze, ale nic bardziej mylnego. Taniec na rurze można zobaczyć w klubach nocnych, a i to nie do końca prawda, bo tam głównie robi się pokazy floorworku. Zdecydowanie wolę fachową nazwę, stosowaną w klubach sportowych – akrobatyka na pionowym drążku. Oczywiście istnieje też odłam tej dyscypliny – „exotic”, który faktycznie jest zmysłowym tańcem. Nie można jednak łączyć tych pojęć. Ja uprawiam obie dziedziny, jedna wychodzi mi lepiej, w drugiej dopiero nabieram wprawy. Jak zaczęła się Twoja przygoda z tym sportem? Może ta pasja od zawsze była ze mną, tylko nie miałam możliwości rozwijania jej w rodzinnym Koninie? Gdy wyjechałam na studia do Poznania, bez zwłoki zapisałam się na treningi. Chodzę na nie zatem od pierwszego semestru studiów, czyli od jesieni 2011 roku. Niedługo czeka mnie okrągła rocznica. Chyba warto ją świętować! (śmiech) Jak szło Ci na sali? Początki były bardzo trudne. Nigdy nie trenowałam żadnego sportu, moim jedynym atutem były dobre wyniki na wuefie. Pierwsze zajęcia, a nawet pierwsze miesiące, to była katastrofa! Ciężkim, nieskoordynowanym ciałem starałam się utrzymać na rurze, ale wciąż w okamgnieniu lądowałam na ziemi. Z biegiem czasu ciało zaczęło przyzwyczajać się do wzmożonego wysiłku, nabierało krzepy, a siniaki i otarcia przestały tak szybko się pojawiać. Rosła także odporność na ból (wspominałam już, że to dość bolesny sport?). Teraz mało co jest dla mnie straszne i staram się przezwyciężać wszelkie ograniczenia. To, co kiedyś było szczytem moich umiejętności, teraz wykonuję na rozgrzewkę. Na sali trenuję nie tylko ciało, ale także rozwijam osobowość. Od niemal dziesięciu lat skrupulatnie buduję poczucie własnej wartości, samoświadomość, poczucie skuteczności. Ze „sztywniary” słabo kontrolującej własne ciało, przekształciłam się w osobę świadomą zarówno ciała, jak i własnej kobiecości. Bardzo ważne są także przyjaźnie, jakie nawiązałam na sali,  a które trwają do dzisiaj. Ciągle poznaję nowe kursantki, które zwracają się do mnie po pomoc i radę jako do osoby, z dużym doświadczeniem i autorytetem. To cieszy.   17 października 2017 roku  Zgromadzenie Generalne Międzynarodowych Federacji Sportowych poinformowało, że poledance zostaje oficjalnie dyscypliną sportową. Myślisz, że to pomoże w „odczarowaniu” jego wizerunku? Gdy pojawiły się plany zatwierdzenia poledance jako dyscypliny sportowej, ucieszyłyśmy się z dwóch powodów. Po pierwsze był to sport do tej pory niedoceniany. Traktowano go jako rodzaj fitnessu, podczas gdy jest znacznie bardziej wymagający, trudny i na swój sposób piękny. Łączy siłę mięśni, elastyczność ciała, koordynację ruchową, a także wyobraźnię i poczucie estetyki. Nie jest łatwo osiągnąć w nim poziom mistrzowski, wymaga to wielu lat ciężkiej pracy. Obserwując autorytety w tej dziedzinie, mam wrażenie, że zawodowo akrobatyką na rurze zajmują się byłe lub obecne gimnastyczki, które od dziecka pracowały nad maksymalnym rozciągnięciem ciała. W oficjalnych konkursach poledance wymagania są bardzo wysokie. Docenienie wysiłku, jaki wiąże się z profesjonalnym wykonywaniem tego sportu, to jeden z plusów. A drugi? Walka ze stereotypami. Sprawienie, że poledance stał się oficjalną dyscypliną, na pewno otworzyło oczy wielu osobom, które do tej pory deprecjonowały go czy wręcz z niego szydziły. Z ulgą muszę przyznać, że nie jest on już odbierany tak negatywnie, jak wcześniej. Nie spotkałam się osobiście z otwartą krytyką tego, co robię, ale poznałam opinie usłyszane przez moje koleżanki. Jedna z nich szczególnie zapadła mi w pamięć i do dzisiaj jest drzazgą w sercu. Czego dotyczyła? Koleżanka ze studiów wspomniała mi kiedyś, że jej wykładowca związany naukowo ze sportem krytykował strój poledancerek, jako skąpy i wulgarny. Zaskoczyło mnie to, bo kto jak kto, ale on powinien wiedzieć najlepiej, z czego to wynika. By nie dopuścić więcej do takich nieporozumień, pragnę wyjaśnić tę kwestię. Aby utrzymać się na rurze, należy mocno się jej trzymać szorstką powierzchnią, która zapewni wysokie tarcie. Ciuchy po prostu się ślizgają. Żeby to zrozumieć, wystarczy przypomnieć sobie, ile razy trudno było nam utrzymać równowagę w tramwaju, chwytając się poręczy dłonią w rękawiczce. Dlatego strojem koniecznym dla osób ćwiczących na rurze są krótkie spodenki i bluzka na ramiączkach lub krótki top. Dokładnie. W poledance wiele figur bazuje na chwytaniu rury dłońmi, ale jest równie wiele takich, gdzie musimy przylgnąć do rury udami, bokami ciała, „złapać” ją pod kolanem czy pachą. Wszystkie te części ciała muszą być odsłonięte, by skóra zapobiegła ześlizgnięciu się z rury. Nie jest to spowodowane tym, że chcemy eksponować nasze ciała.  Alternatywą są specjalne lateksowe ubrania, ale w oczach laików wyglądają jeszcze wulgarniej niż odsłonięte ciało. Zdarzyło mi się kiedyś bez namysłu wskoczyć na rurę i chwycić nogami powyżej głowy w długich spodniach. Zjechałam na dół tak szybko, że ledwo zdążyłam osłonić głowę rękoma. Skończyło się na kilku siniakach, ale równie dobrze mogłam skręcić kark. Wywiad Grupy TENSE z Weroniką Gębicką   Czu obserwujesz, że poledance staje się coraz bardziej popularny? Na początku mojej kariery w Poznaniu funkcjonowały trzy szkoły. Dzisiaj jest ich czternaście, a przynajmniej tyle pokazuje się na mapie. Nawet dla mnie jest to duże zaskoczenie. To naprawdę świetny wynik, który świadczy o rosnącej popularności tego sportu. Zapraszam Was wszystkich do trenowania. Wiele kobiet w głębi duszy marzy, by to trenować, ale ma dużo (bezpodstawnych) obaw. Odrzućcie na bok ograniczenia i po prostu to zróbcie! Przekonacie się, że to była dobra decyzja. Mężczyzn też oczywiście zapraszam. Męski poledance dopiero raczkuje, ale wierzcie mi panowie, macie do tego predyspozycje, na starcie już zaczynając z większą siłą. Póki co zwerbowałam z TENSOWEGO grona jedną osobę. Liczę, że uda mi się wtajemniczyć jeszcze więcej adeptów!