O łapaniu równowagi, odrobinie magii i tajemnicy nocnego odkurzania – zapraszamy na wywiad z Sebastianem Kuranem, Specjalistą ds. Programu Partnerskiego w Grupie TENSE.

 

W TENSE mamy fajny zwyczaj wysyłania powitalnego maila, w którym każdy nowy pracownik pisze o sobie kilka słów. Ty napisałeś, że interesujesz się kuglarstwem. A dokładnie?

Kiedyś kuglarze byli wędrownymi aktorami, którzy bawili publiczność magicznymi sztuczkami, żonglowali czy prowadzili teatry lalek. Sens kuglarstwa nie zmienił się do dzisiaj, inne są tylko atrybuty kuglarza. Ja szczególnie upodobałem sobie poiki i levistick, inaczej mówiąc flow-wand. Co prawda nie jeżdżę od miasta do miasta, by bawić ludzi na festynach, ale na imprezach ze znajomymi levistick robi duże wrażenie.

Co jest w nim takiego wyjątkowego?

Patrząc na taniec z levistickiem, masz wrażenie, że swobodnie unosi się w powietrzu. Przeczy działaniom fizyki. No mówię Ci – magia. Rzeczywistość jest jednak mniej spektakularna. To po prostu kijek, wykonany z włókna szklanego, z ledwo widoczną żyłką. Ma obniżony środek ciężkości, dzięki czemu zawieszony na żyłce, utrzymuje się w pionie, nie w poziomie.

Jak go zaczarować, żeby latał?

Umiejętnie przyciągać i odpychać żyłkę.

 

Brzmi banalnie. W rzeczywistości pewnie nie jest tak proste.

Aby osiągnąć w czymś mistrzostwo, czy po prostu się rozwijać, potrzeba dużo pracy, motywacji i silnej woli. A jej mi akurat nie brakuje. Pewnie trudno będzie w to uwierzyć, ale kiedyś ważyłem ponad 100 kilogramów. Każdy, kto boryka się z nadwagą, czy po prostu chce schudnąć, wie, ile to kosztuje wyrzeczeń. Pewnego dnia powiedziałem sobie po prostu dość. Wziąłem się w garść i krok po kroku byłem bliższy celu. Oczywiście nadal miewam słabsze chwile, w których sięgam po paczkę chipsów, ale następna dnia wracam na dobre tory.

Sport i pasja do kuglarstwa na pewno Ci w tym pomaga.

Moja przygoda z kuglarstwem rozpoczęła się od poiek, czyli dwóch kul zawieszonych na sznurkach. Jak miałem 13 lat, popłynąłem na spływ kajakowy z moim klubem sportowym. Podczas jednego postoju kilkoro chłopaków wyciągnęło poiki i zaczęło kreślić nimi w powietrzu różne figury. Połknąłem bakcyla, ale potem miałem długą przerwę. Będąc już na studiach, kumpel wyjął poiki. Pomyślałem wtedy: „Boże, czemu ja o nich zapomniałem. Przecież to jest takie fajne!”. I wsiąkłem na dobre. Teraz łączę poiki z jazdą na rolkach, którą uwielbiam. W zeszłym roku nauczyłem się jeździć praktycznie od zera, trenowałem codziennie po kilka godzin. Po trzecim prześwietleniu biodra, na które często upadałem, postanowiłem trochę spasować z intensywnością jazdy, ale dodałem za to do rolek poiki. Kiedy wieczorami jeżdżę po Morasku na moich świecących rolkach, spod kółek lecą iskry, a nade mną latają poiki – wzbudzam niemałą sensację. Czasami zamieniam poiki na świecący w ciemności levistick.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Nightride #rollerblades #poznań #uam #levistick #flowand

Post udostępniony przez Sebastian Kuran (@geraltuil)

 

Brzmi jak doskonała recepta na odstresowanie się po pracy.

To łapanie równowagi. Dosłownie, bo ćwiczę koordynację ruchową i uczę się swojego ciała. Ale traktuję to również jako rodzaj medytacji. Kiedy ćwiczę, nie myślę o problemach, nie analizuję. Wsłuchuję się w muzykę, wpadam w rytm, ćwiczę godzinami, skupiam się na ruchu. Wszystkie problemy odchodzą. Do czasu, aż się pomylę (śmiech).

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Evening with flowwand. #evening #poznan #flowwand #levistick #instaboy #polishboy #chill

Post udostępniony przez Sebastian Kuran (@geraltuil)

 

Na co dzień w pracy otaczają Cię targety, tabele, cele, liczby. A Ty przecież jesteś wolnym duchem, mówisz o sobie mentalny hipis. Hipis w dziale handlowym?

Tak, jak mówiłem – magia! A tak na poważnie, to owszem – w pracy muszę trzymać się procedur i „wyrabiać” targety. I choć brzmi to strasznie korporacyjnie, to w TENSE nie czuję się jak w korporacji. Cenię sobie to, że mogę z szefową pogadać czasem o pierdołach, jest fajna atmosfera, nie czuję potężnej presji. Fakt, mam swoje obowiązki i staram się je realizować najlepiej, jak umiem, ale nie robię tego pod przymusem.

Czyli tak, jak mówiłeś – w życiu trzeba znaleźć równowagę.

Wracając jeszcze do tego mentalnego hipisa, to ja chyba nie potrzebuję dużo do szczęścia. No, może tylko większego mieszkania, bo w obecnym mam już wszystkie ściany poobijane, a kwiat mojego współlokatora cyklicznie traci liście na skutek potrąceń. Nie mówiąc już o sąsiadach z dołu, którzy są chyba przekonani, że nocne hałasy spowodowane są uderzaniem odkurzacza o ściany, a nie łoskotem upadających kijów. Życie jest po to, aby się nie ograniczać. Skoro mam okazję – to korzystam.

 

***

Autor zdjęcia okładkowego: lichozaur.

Artykuł Ci się spodobał? Udostępnij!